10 grudnia Dziś w Kościele obchodzone jest wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Loretańskiej ️ Kult Matki Bożej Loretańskiej wywodzi się z
Moje dzieci, przyjmijcie miłość, miłosierdzie i pokój, które daje wam Jezus, i zanieście je waszym braciom i siostrom, którzy cierpią na ciele i na duchu. Jestem z wami i błogosławię wam w imię Boga, który jest Ojcem, Boga, który jest Synem, Boga, który jest Duchem Miłości. Amen. Zapraszam was, abyście zanieśli moje
"Miłość i Miłosierdzie" - najważniejszy film religijny ostatnich lat w kinach od 29 marca!Niezwykła opowieść o polskiej zakonnicy, siostrze Faustynie – uznanej za świętą przez papieża Jana Pawła II, mistyczce i wizjonerce, która w swoim życiu stanęła przed wykonaniem bardzo ważnej misji. Film pokaże nieznane do tej pory fakty i przybliży widzom narodziny niezwykłego
Daniel Galus, wspólnota Miłość i Miłosierdzie Jezusa Nieprzeczytany post autor: Magnolia » sob kwie 30, 2022 6:17 am Przerażające jest to, że biskup stoi na straży wiary i nauki Kościoła w swojej diecezji, dzięki sukcesji biskupiej Kościół trwa nieprzerwanie od czasów Apostołów.
. Nie dajcie się zwieść plakatom, które promują „Miłość i miłosierdzie” twarzami aktorów. W pseudonaukowym dokumencie, objętym patronatem Prezydenta RP, sceny fabularyzowane zajmują ok. 35% projekcji, by resztę czasu wypełnić księżmi podającymi informacje do zdobycia na Wikipedii oraz opowieściami o opętanych staruszkach w hospicjach i opisach egzorcyzmów przeprowadzanych na 17-letnich włóczęgach. Wszystko wskazywało na to, że film „Miłość i miłosierdzie” (tu aż prosi się dodać „czyli czego w polskim Kościele jest tak mało”), będzie gniotem nie do obrony, i że nawet Prezydent RP, który objął produkcję swoim honorowym patronatem, tym razem będzie mógł z czystym sumieniem pójść z pierwszą damą i córką na komedię Woody’ego Allena. Spójrzmy tylko na trailer. W nim, Anna Kamińska odgrywa rolę św. Faustyny tak, jakby reżyser na planie chciał wykrzesać z niej świętość słowami „sepleń jakbyś rozmawiała językiem polskich węży i mruż te powieki, jak gdybyś starała się odczytać literki u okulisty. O! I nie zapomnij jeszcze o nieregularnym oddechu – wyobraź sobie, że właśnie otworzyłaś lodówkę pełną pająków”. Do tego dochodzi muzyka, która bardziej pasuje do filmu o dwóch szpiegach próbujących przejąć kontrolę nad lotniskowcem wyposażonym w głowice atomowe, a nie do produkcji o sympatycznej zakonnicy, której od czasu do czasu objawia się twarz Jezusa. Warto też dodać, że żyjemy w czasach, gdy patronat prezydenta dostają przesiąknięte teorią spiskową produkcje science-fiction z efektami specjalnymi zrobionymi przy użyciu programu Windows Movie Maker 2000 typu "Smoleńsk", a nie nominowane do Oscara produkcje Pawła Pawlikowskiego. Miałem więc nadzieję, że „Miłość i miłosierdzie” będzie polsko-martyrologicznym Danem Brownem z dziejowym spiskiem w tle i że nie będę mógł pozostawić na filmie suchej nitki. Prawie się pomyliłem, bo gdyby nie ostatnie 30 minut, ten film byłby przyzwoitą produkcją klasy „B” nadającą się do puszczania na obowiązkowych lekcjach religii w klasach 1 – 3. Bo hejtu w nim o dziwo nie ma. To samo można powiedzieć o jakiejkolwiek akcji i dynamice. Jest za to trochę o nie ocenianiu i niesieniu pomocy niezależnie od rasy, wyznania i złych uczynków, jakich mógł dopuścić się bliźni. I mielibyśmy produkcję gotową do zapętlenia na ekranach w Muzeum św. Faustyny w Płocku i wielki blockbuster dla szkolnych wycieczek, który co prawda nie przykułby uwagi ani wychowawców, ani dzieci, ale przynajmniej coś tam w tle o tym miłosierdziu i historii Polski dzieci by się dowiedziały. Niestety, ostatnie 30 minut seansu nie jest już dokumentem o życiu Heleny Kowalskiej oraz jej kultu Miłosierdzia Bożego, a staje się paranaukowym obrazem pełnym nachalnych opisów o opętanych kobietach w hospicjach i dzieciach z oddziału chorych na raka, które po operacjach dostają „cudownych krzyży na plecach”. Jestem pewien, że takie rzeczy wywołają u małego widza większą traumę, niż szalone oczy odtwórczyni głównej roli. Jezu, Nie Ufaj Trailerom Suchej nitki na pewno nie można pozostawić na dystrybutorach filmu, którzy świadomie wprowadzają potencjalnych widzów „z ulicy” w błąd, reklamując go wszem i wobec aktorami i scenami z części fabularnej. Otóż film „Miłość i miłosierdzie” nie jest filmem fabularnym, ale pseudonaukowym dokumentem stworzonym przez i dla gorliwych katolików, w którym po kilkunastu minutach seansu, młodość św. Faustyny opisuje abp Hoser. Pierwsza część filmu opisująca życie św. Faustyny od czasów jej młodości do chwili jej śmierci, ma w sobie najwięcej gry aktorskiej i jest zrealizowana na poziomie wyższej klasy serialu telewizyjnego z Polski. Scenografia przedstawia II RP jako miejsce nieskazitelnie czyste i schludne, niczym kuchnie w reklamach płynów do mycia naczyń, tylko że z rekwizytami pożyczonymi z Muzeum Wsi Kresowej. W tej części wybija się wymuszona gra aktorska Anny Kamińskiej, charakteryzująca się przede wszystkim mrużeniem powiek, jakby św. Faustyna była superbohaterem z komiksu i zaraz miała wystrzelić ze swoich źrenic wiązki laserowe. Do tego razić może nienaturalne seplenienie i oddech osoby dostającej orgazmu. Przy filmowej św. Faustynie, nawet Mark Zuckerberg wygląda na człowieka z krwi i kości. Ale rozumiem, że jakoś tę bliską „więź z Bogiem” Faustyny trzeba było oddać. Przygotować ludzkość do zbliżającego się Sądu Ostatecznego Bardzo zabawne są filmowe objawienia św. Faustyny, podczas których Jezus (Bartek Ziemniak) ukazuje się kobiecie w najmniej spodziewanych momentach. Ten daje zakonnicy questy, którymi Faustyna ma przygotować ludzkość do rychło zbliżającego się dnia Sądu Ostatecznego. Pierwszym questem jest natychmiastowe udanie się do klasztoru i położenie się na wznak przed ołtarzem. Później jest to namalowanie podobizny Jezusa opatrzonego słowami „Jezu, Ufam Tobie” i rozpowszechnianie szlachetnej idei Miłosierdzia Bożego, które miałoby polegać na pomocy potrzebującym. Podczas tych objawień, umęczonej twarzy Jezusa towarzyszy muzyka fletowa jak z "Kill Billa". Można by pomyśleć, że zakonnicy dane będzie zbawiać świat za pomocą różańca i katany, ale robi to pracą i dobrymi uczynkami. Taki przekaz szanujemy. Dobre uczynki św. Faustyny lepiej by się oglądało, gdyby nie jej dziwne oczy Foto: Kino Świat / Kondat-Media Momentów mogących bawić dorosłego widza jest więcej. Zakonnica z „części dokumentalnej” nieustannie zakłócająca dynamikę wątku fabularnego infantylnymi komentarzami - nazywa przewidzenie wybuchu II wojny światowej w latach 30. XX wieku jako „objawienie”, a udaną próbę przekupstwa ciecia kościelnego dwiema butelkami wódki i czerwońcem, jako „uratowanie obrazu w cudownych okolicznościach”. Dzieci zapewne rozbawi scena z roznegliżowanym księdzem-mentorem (Maciej Małysa) pozującym dla poirytowanego malarza (Janusz Chabior) próbującego odtworzyć Jezusa z widzenia Faustyny. Gdzieś w połowie filmu Faustyna umiera na gruźlicę, ale zostawia po sobie pamiętniki i dalej film jest nudnawym, ale w miarę dobrze zrealizowanym dokumentem o idei niesienia pomocy bliźniemu w ramach kultu Miłosierdzia Bożego oraz opisem całkiem nietuzinkowej historii oryginalnego obrazu pędzla Eugeniusza Kazimirowskiego. Wypowiedzi duchownych z całego świata (wszyscy z mniejszym lub większym powodzeniem silą się na amerykański akcent), przeplatane są archiwalnymi materiałami z lat okupacji tudzież ujęciami Białegostoku widzianego oczami drona. Miłosierdzie Boże wypędzi demony z ciał nastoletnich włóczęgów? Niestety, coś, co do pewnego momentu jest w miarę rzetelnym dokumentem, nagle staje się pseudonaukową propagandówką, która mogłaby się wyświetlić w proponowanych filmikach na YouTube, obok dzieł takich jak „rząd światowy manipuluje elektromagnetyzm umysłów za pomocą chemitrails” czy „chmury słuchają się gwiazd, czyli dlaczego nie szczepię swoich dzieci”. Wiara jest rzeczą dobrą, ale samotnym i psychotycznym 17-latkom, bardziej niż egzorcyzmy, pomogą psychiatrzy - tego film nie mówi Foto: Eugeniusz Kazimirowski / "Jezu, Ufam Tobie" Otóż niedawno, za pomocą komputera i ośmiu punkcików, ustalono, że cechy antropometryczne twarzy Jezusa z obrazu Kazimirowskiego, wykazują idealną zbieżność z twarzą Jezusa z Całunu Turyńskiego. Oczywiście w filmie nie ma mowy o tym, że całun najprawdopodobniej jest falsyfikatem z końca średniowiecza, mającym napędzać popyt na relikwie świętych. Za to ciągle się nam powtarza, że gorliwa modlitwa dzieci z oddziału chorych na raka pozostawia na ich plecach „cudowne krzyże” i że Miłosierdzie Boże pozwala wypędzać demony z ciał nastoletnich włóczęgów. Naciąganych przykładów boskich interwencji „na żądanie” podaje się wiele i wszystkie ucinają się, zanim zdążą się na dobre zacząć. Szkoda, bo przez nie, zamiast flegmatycznego, ale bezpretensjonalnego dokumentu o bezinteresownym niesieniu pomocy, dostaliśmy film o czarnej magii szalejącej po współczesnych oddziałach szpitalnych, z którą walczyć mogą tylko ludzie w czarnych sutannach. Zobacz także: Zapytaliśmy ludzi, jak definiują słowo "dziewczyna"
Dodaj do ulubionych Ulubione Miłość i miłosierdzie Reż. Michał Kondrat Wyk.: Kamila Kamińska, Janusz Chabior, Maciej Małyska Prod. Polska 2019, 90 min Spokojne i przepełnione wiarą życie siostry Faustyny Kowalskiej zmienia się pewnego dnia nieodwracalnie. Oczom zakonnicy ukazuje się bowiem Jezus Chrystus, który zleca jej misję głoszenia prawdy o Jego Miłosierdziu i przygotowania świata na jego ostateczne przyjście. Zadanie to wydaje się niemożliwe do zrealizowania, ale siostra Faustyna zrobi wszystko, aby je wypełnić. Na światło dzienne wychodzą kolejne dowody na to, że zakonnica naprawdę widywała Jezusa. Po przeprowadzeniu badań naukowych, okazuje się, że podobizna Chrystusa widoczna na obrazie namalowanym według jej wskazówek jest identyczna z rysami twarzy i sylwetką uwiecznionymi na całunie turyńskim. Działalność polskiej zakonnicy daje początek kultowi Bożego Miłosierdzia, który czczony jest przez setki milionów osób na wszystkich kontynentach świata. CZYTAJ WIĘCEJ CZYTAJ WIĘCEJ W sprzedaży (0) Wyprzedane (0) Polecane z kategorii film
Film „Miłość i miłosierdzie” to dokument fabularyzowany. Mamy jednak prawo domagać się szacunku dla prawdy. Przyszło mi dzisiaj zmierzyć się z niełatwym tematem. Podjąć go jednak trzeba, gdyż rzecz dotyczy sprawy ważnej dla czcicieli Bożego Miłosierdzia, ale przede wszystkim dla prawdy historycznej. Chodzi o film „Miłość i miłosierdzie” według scenariusza i w reżyserii Michała Konrada, a konkretnie jednej w nim sceny: samobójstwa, które według autora filmu miał popełnić Eugeniusz Kazimirowski, malarz pierwszego, tzw. wileńskiego, wizerunku Jezusa Miłosiernego. Film ten obejrzałam jesienią 2019 roku, gdyż wtedy pokazywany był na Festiwalu Filmów Dokumentalnych „Kino z duszą”, którego jestem współorganizatorką. I przyznaję, że fabularyzowana scena z odbierającym sobie życie Kazimirowskim wzbudziła we mnie nie tyle poruszenie, ile zdziwienie. „Nie wiedziałam” – pomyślałam zaskoczona. Napisałam biografię św. siostry Faustyny i jeszcze dwie inne książki poświęcone kultowi Bożego Miłosierdzia, dużo na ten temat czytałam, dotarłam do wielu dokumentów archiwalnych, przeprowadziłam wiele rozmów, ale nigdy i nigdzie nie spotkałam się z informacją, że Kazimirowski odebrał sobie życie. Cóż, skończyłam na zdziwieniu. Inaczej zrobił Grzegorz Górny, również autor książek o Bożym miłosierdziu, który wiosną 2020 roku opublikował wywiad z bp. Henrykiem Ciereszką z Białegostoku, postulatorem w procesie beatyfikacyjnym ks. Michała Sopoćki. Z tej rozmowy, wciąż dostępnej w internecie, dowiedzieć się można, że nie ma żadnego dowodu na to, że Kazimirowski popełnił samobójstwo. Przeciwnie, dokumenty świadczą o czymś zgoła innym. Wpis w księdze zgonów w parafii farnej w Białymstoku, w której przed wojną mieszkał Kazimirowski, stwierdza, że zmarł on 23 września 1939 roku na zapalenie płuc i został pochowany dwa dni później, 25 września, przez miejscowego wikariusza ks. Stanisława Urbana. Co więcej, został pochowany w centralnej części cmentarza, co wówczas w przypadku samobójców nie było możliwe. Byli oni grzebani w niepoświęconej ziemi, w wydzielonej części cmentarza, najczęściej na jego obrzeżach. Od pewnego czasu dysponuję również skanem tego dokumentu. Dlaczego piszę o tym teraz? Z dwóch powodów. Po pierwsze, kilka tygodni temu, z okazji 90. rocznicy pierwszych objawień Jezusa o Bożym miłosierdziu s. Faustynie TVP1 wyemitowała film „Miłość i miłosierdzie”, ze sceną samobójstwa Kazimirowskiego. Po drugie, pytają mnie osoby, co z tą nieprawdziwą informacją zrobić. Jak zahamować jej rozpowszechnianie? Przypisywanie samobójstwa Kazimirowskiemu dotyka wielu czcicieli Bożego Miłosierdzia. Uderza niejako w samą ideę Bożego miłosierdzia, skoro Jezus zapowiedział s. Faustynie, że Jego wizerunek będzie naczyniem, przez które udzieli wielu łask, a malarz tego obrazu łaski owe odrzuca… Nie wiemy, oczywiście, co działo się w duszy Eugeniusza Kazimirowskiego. Mało o nim wiemy w ogóle – nie założył rodziny, nie miał dzieci, nie zachowały się pozostałe jego obrazy, zapiski czy wspomnienia innych osób. Informacja, jakoby był masonem (również podana w filmie), nie ma potwierdzenia w źródłach. Wiemy, że obraz malował od stycznia 1934 przez pół roku, że co tydzień przychodziła do jego pracowni (był sąsiadem ks. Sopoćki) s. Faustyna, by dawać wskazówki, jak powinien wyglądać Jezus na obrazie. Wiemy, że ks. Sopoćko wtajemniczył go w jakiejś części w objawienie s. Faustyny. Ona zaś prawdopodobnie gorąco modliła się za malarza i dzieło, które tworzył. Czy to wszystko, a przede wszystkim półroczna praca nad wizerunkiem Jezusa Miłosiernego, nie zostawiło w Kazmirowskim śladu? Oczywiście, tego też nie wiemy. To tajemnica między nim a Bogiem. I nie mamy podstaw, by wyciągać z niej jakieś wnioski. Mamy natomiast prawo domagać się szacunku dla prawdy historycznej, uczciwości wobec faktów. A te według źródeł archiwalnych i usytuowania grobu wskazują, że Kazimirowski nie popełnił samobójstwa. Film „Miłość i miłosierdzie” jest reklamowany jako fabularyzowany dokument. Oznacza to, że prawdziwe wydarzenia poddano procesom fabularyzacji. Rozumiem, że w tej formie scenarzysta i reżyser filmu ma prawo do subiektywnego wyboru wydarzeń z życia bohaterów, ma prawo do własnej ich interpretacji, a nawet do własnej wizji, jak pewne sceny czy rozmowy mogły przebiegać, ale, co ważne, nie w oderwaniu do faktów, lecz biorąc pod uwagę prawdziwe losy bohaterów. Słowo „dokument” w tej formie gatunku oznacza zaś, że autor nie ma prawa zmieniać faktów. Jeżeli tego dokonuje, to nie jest już dokument, ale fikcja – film fabularny, co najwyżej oparty na motywach prawdziwych wydarzeń. Nic więcej. Dlatego widzowie filmu „Miłość i miłosierdzie” powinni o tym wszystkim wiedzieć. Tego wymaga szacunek dla prawdy historycznej i dla samego Eugeniusza Kazimirowskiego, który sam nie może się już bronić.•
Możecie mi mówić cynik. Możecie ciskać gromy. Możecie nie ufać. Skoro jednak "Miłość i miłosierdzie" znajduje się w repertuarach największych kin sieciowych w Polsce, musi się za tym kryć pragnienie dotarcia do szerokiej publiczności. Z blado-czerwonym sercem na dłoni wlepiam oczy w ekran - skoro dla wszystkich, to też dla mnie! Dowiem się czegoś nowego, zaciekawię, ucieszę (ale nie szyderczo), pojmę wreszcie, o co chodzi w międzynarodowym kulcie św. Faustyny i Bożego Miłosierdzia. Będę otwarty! I po raz nie wiem już który - a polskich filmów chrześcijańskich obejrzałem całkiem sporo - jestem zmuszony skapitulować. Ta materia stawia heroiczny opór, klęka przed nią dobra wola, od wielu lat na nic zdaje się pisanie i mówienie, że ewangelizacja też potrzebuje ciekawej i dobrze wykonanej formy. Że kino to nie zwitek świętych obrazków z torby księdza proboszcza. Na nic, skoro dostajemy wciąż ten sam film. Nie chodzi o patos, moralizatorstwo czy religijną ckliwość - te mogłyby jeszcze przejść jako niezbędne elementy "misji" filmowej. Jeśli pominiemy warstwę retoryczną i emocjonalną, cała reszta - język filmowy, narracja, zdjęcia, gra aktorska -są arcypaździerzem z Paździerzowego Nieba. Przy tym, co się tutaj dzieje, księża rapujący o "Moim ziomku Bogu" i plakaty rekolekcyjne wypełnione gwiezdnowojenną czcionką z wydają się szczytem awangardy."Miłość i miłosierdzie" otwiera plan nie tyle szeroki, co kosmiczny - galaktyki, Ziemia, Raj, Adam i Ewa, pełzający wąż, ukrzyżowany Chrystus i rogaty diabeł w ogniu piekielnym. Z kolorowanki zlepionej z Księgi Rodzaju i Nowego Testamentu skaczemy do Polski roku 1922, gdzie młoda chłopska córka buntuje się przeciwko woli rodziców i marzy o życiu zakonnym. W klasztorze siostra Faustyna Kowalska doświadcza licznych wizji: odwiedza ją Jezus Chrystus i nakazuje szerzyć kult Jego Miłosierdzia. Chwilę później spowiednikiem zakonnicy zostaje ksiądz Michał Sopoćko, po jej śmierci kontynuator misji, a wileński malarz Eugeniusz Kazimirowski sporządza słynny obraz "Jezu, ufam Tobie" według wizji Faustyny. Dalsza historia kultu, początkowo traktowanego przez Watykan z dużą nieufnością, a ostatecznie przypieczętowanego przez samego Karola Wojtyłę, powinna być świetnie znana nie tylko zaangażowanym katolikom. Znam ją i ja, a "Miłość i miłosierdzie" nie dodaje do tej wiedzy żadnych nowych faktów. Jest to czerstwy zlepek fabuły i dokumentu, rytm wystukany obcasem przez twardogłowego propagandzistę - po każdym świętym, jasnym obrazku następuje wstawka z gadającą głową biskupa, matki przełożonej, specjalisty z muzeum, profesora itp. Ludzie kościoła streszczają życiorys Faustyny z takim znawstwem i pewnością, jakby święta zgrała przed śmiercią wszystkie swoje myśli i uczucia na publiczny serwer. Nie ma tutaj życia powszedniego, nawet milimetra prozy, choćby skraweczka ciała - Faustyna od narodzin aż po grób żywiła się wiarą i miłością Chrystusa, zawsze była święta, a Bóg porwał ją do Nieba prosto ze szpitalnego łoża. Koniec i kropka, najczystsza postać nieznoszącej sprzeciwu hagiografii wydziela zapach fiołków i korytarza wytartego lizolem, jest zawsze radosna i świetlista, za to egzystencję przedklasztorną kwituję jednym zdaniem: "zaznała ziemskich przyjemności". Scenki fabularne to przedłużenie tej dokumentalnej narracji: są tak samo nieskazitelne i zagrane z jasełkową swadą, z Jezusem w białym prześcieradle i peruce, który zjawia się przy akompaniamencie fletni pana, jakby za chwilę miał ściągnąć z głowy kapelusz i zacząć prosić o datki. Jedyne, co mnie w jakimś sensie poruszyło, to świadectwa skutecznego wykorzystywania "mocy Faustyny" - czyli opracowanych przez nią modlitw - w trakcie odprawiania egzorcyzmów. Poruszyło zdecydowanie in minus. Otwarcie filmu nie pozostawia również żadnych wątpliwości - to właśnie w Polsce toczy się dalszy ciąg historii świata jako historii zbawienia, to tutaj udał się Jezus z najważniejszym XX-wiecznym objawieniem, tutaj Dobro ściera ze Złem. To z Polski czerpana jest siła do walki ze współczesnym szatanem, potwierdzając jej niekwestionowaną pozycję jako "Chrystusa narodów" i przekonując nieprzekonanych, że Syna Bożego trzeba niezwłocznie koronować na Króla Lechitów. Możecie sobie gadać, że promienie wychodzące z serca Jezusa na obrazie Kazimirowskiego - tym, który od wielu lat krąży po Polsce w milionach małoformatowych kopii - to w istocie "bladość wody i czerwień krwi". Ja widzę w nich przede wszystkim barwy narodowe. I taka konstatacja - sojusz tronu z ołtarzem -wcale nie napawa mnie optymizmem. Podobnie jak film, który z wiary robi kicz, a z obrazów - niewyszukaną propagandę. Urodzony i wychowany w Radomiu. Skończył psychologię i kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Dawniej fan black metalu, niedoszły psychoterapeuta, leczył się z depresji filmami Lyncha, von... przejdź do profilu35% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (167 głosów).
miłość i miłosierdzie jezusa opinie